O Starowierach i pamięci
„Zaśnięcie Anisy” Katarzyny Roman-Rawskiej to z pewnością książka bardzo osobista. Ogromna dawka wiedzy o polskich starowierach i dobrze wykonana reporterska robota z dobrym riserczem łączy się tam harmonijnie ze wspomnieniami autorki z odwiedzin i wakacji u tytułowej babci Anisy. Historia rodziny i jej pamięć jest tutaj równie ważna, o ile nie ważniejsza, niż historia samych starowierów, która często ginie w odmętach historii i wewnętrznego skomplikowania. Bo nie jest to historia ani prosta, ani oczywista.
Dla mnie szczególnie poruszające jest to, jak wiele wspomnień dzielimy, w szczególności tych osobistych i najmniejszych. Mały niszczejący dworek przy drodze z Białobrzeg do Dębowa, gdzie rzekomo nocował Napoleon, a który z czasem po prostu zniknął. Jagody zbierane na skup. Zapach Puszczy Augustowskiej. Pieniądze schowane w kieszeni na wypadek, gdyby zakuła kukułka.
Ale dzielimy i pewne wspomnienia przez rodziny: mój dziadek o jakże polsko brzmiącym nazwisku (które zmienił sobie z niemieckiego dopiero jego ojciec), jako urodzony hipochondryk, miał zaprzyjaźnioną starowierską znachorkę. Tę samą, którą wyleczyła ziołami mojego ojca z nawracających za dzieciństwa wrzodów.
Ciekawy jest też pozorny rozdźwięk pomiędzy progresywnymi poglądami autorki, których zupełnie słusznie nie ukrywa, a jej pochodzeniem i tematyką książki, całym rozpamiętywaniem i rozmodleniem. Dodaje to książce ciekawej wewnętrznej dynamiki, chociaż nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że momentami autorka popada w projekcje tych poglądów, jak gdyby starając się doszukać ich czy to w przeszłości, czy u swoich przodków i starowierów w ogólności. Nie wiem, czy jest coś bardziej uniwersalnie ludzkiego niż to, że ktoś może żyć zupełnie innym życiem, mieć kompletnie odmienne zapatrywania, nie być nawet starowierką, ale jednocześnie po prostu być „naszą Kasią” czy „Aniskiną wnuczką”. Bardzo podobała mi się też konstrukcyjna klamra, w której większość książki zamyka się w ramach pogrzebu i chrztu. Troszeczkę może psuje mi ją odrobinę rozwleczone zakończenie, w którym czuć też szargające autorką emocje i zwyczajną, dla mnie zupełnie zrozumiałą, trudność w dobrym domknięciu całości.
Wszystko w tej książce jest dla mnie jednocześnie bardzo bliskie i bardzo odległe. Nie mam pojęcia, jak tę książkę może odebrać ktoś z innej części kraju, albo ktoś stykający się ze starowierami pierwszy raz, ale polecam wówczas tym bardziej.
PS
Nie byłbym sobą, gdybym nie uczepił się paru drobnych szczegółów:
-
W Augustowie jest też drugi cmentarz żydowski, właśnie na terenie byłego getta. Stoi pomiędzy domami, ciągle przybywają tam kolejne macewy, które ludzie odnajdują w najdziwniejszych miejscach i chociaż w ten sposób próbują przywrócić należne im miejsce. To w ogromnej kontrze do tego w lesie, który faktycznie często jest bezczeszczony. To prawda, że pamięć o Żydach jest w Augustowie bardzo cząstkowa, ale widzę tutaj też światełko w tunelu.
-
Nie wiem o jakim pomniku z orłem kruszącym łańcuch upamiętniającym Obławę Augustowską pisze autorka, bo takiego w Augustowie nie ma. Może chodzi o pomnik Żołnierzy Wyklętych nad rzeką? Jest tam wprawdzie orzeł, który wyrywa ze skały miecz, ale tematyka jednak inna. Nie chodzi też chyba o tego orła z Rynku? Nie ma też w Augustowie ulicy upamiętniającej Obławę… a przynajmniej ulicy z prawdziwego zdarzenia. Jest tylko bezimienna wcześniej aleja z parkingami w pobliżu jeziora, przy której nie stoi nawet żaden dom.