Zatrzymał się pod latarnią, dokładnie w tym miejscu, w którym ponoć jest najciemniej, i zniknął. Kobieta z przejeżdżającego autobusu aż przetarła oczy ze zdumienia. Był i nie ma.

A on wpłynął pomroczyście na górę i wisiał markotnie, oplótłszy się półcieniami o klosz. Tylko ktoś niezwykle uważny mógłby rozpoznać jego obecność po miarowym przygasaniu żarówki w rytm oddechu. No i oczywiście musiałby wiedzieć (a może raczej nie wiedzieć) dużo, żeby nie uznać tego za spadki napięcia.

O mało nie spadł z wrażenia, kiedy wychodziła. Sam już nie wiedział, czy bardziej go fascynowało jak marszczy nos… czy to cienie, które wtedy wkradały się w zmarszczki – drżące, lękliwie i dziwnie znajome.

– Tańczcie sobie mali braciszkowie! – krzyknął, a ona tylko na moment wtuliła się głębiej w szalik. Zastanawiał się, czy zawsze nie chciała słyszeć.

Aby dotrzymać jej kroku, lewym skrzydłem wpełzł na pobliską topolę. Przyćmił szybkim skokiem na drugą stronę alejki. Przystanęła na moment i spojrzała w górę. Zauważyła.

Nie czekał – spłynął na ziemię i ubrał w człowieka, skrzydła zmieniwszy w poły płaszcza, a półcienie i zmroki utkawszy w spodnie z kantem, nadmiary skrywszy w głębokich kieszeniach.

– To ty? – spytała nawet nie odwracając się w jego stronę. – Odejdź proszę.

Zrobił krok, pilnując się, żeby nie spłynąć cieniem.

– Daj mi spokój.

Chciał wziąć ją w ramiona, ale ręce przećmiły się na drugą stronę. Zdał sobie sprawę, że nic nie pamięta, że kiedy idzie za nią, kieruje się ślepym instynktem, upaja zadziwiającym magnetyzmem jej mimicznych zmarszczek.

– Wiem, że ciebie nie ma. Że tylko sobie roję – mówiła, ciągle stojąc tyłem.

Nie wytrzymał – lewa noga zmroczyła mu się całkowicie.

– Pozwól mi w końcu zapomnieć. Żyj jak chciałam, żyj beze mnie.

Kiedy się odwróciła, u jej stóp była już tylko ciemna kałuża.

– Do następnego.

Gdzieś na drugim końcu miasta prawdziwy on przebudził się, drżący i przestraszony. Rozejrzał po pokoju, westchnął i wtulił we włosy śpiącej obok kobiety.